Category Archives: Argentina

Jujuy, Argentyna

Jestem na ostrym budżecie od paru dni, ponieważ zaraz opuszczam moją ukochaną Argentynę i jadę na ostatnie parę dni do Chile, a potem do Boliwii. Nie mam już dolarów, a wypłacanie pieniędzy z bankomatów jest tu bardzo drogie. Kieruję się zatem na kemping. Pierwsze wrażenie w Jujuy jest słabe. Smród, brud, informacja nieczynna a kemping na koncu świata. Podobno okolica jest piękna. Tutaj też skucha, ponieważ pogoda masakra, zaczyna padać i nici ze zwiedzania okolicy. Ogólnie totalna klapa. Żałuję że nie zostałam dłużej w Salta. Argentyna brzydko się ze mną żegna. Coż, trzeba będzie wrócić.

 

Salta, Argentyna

Po długiej i wyczerpującej podróży z Asuncion do Salty z ekspresowym zwiedzaniem Resistencia docieram na kemping, na który czekałam z niecierpliwością od dłuższego czasu. Znajduje się tu bowiem ogromny basen (ma chyba z 300 metrów długości). Ha i tu następuje przykra niespodzianka, basen jest tylko wody brak… Trudno, cóż zrobić. Rozbijam namiot i cieszę się słoneczkiem. Poznaję Marianne z Urugwaju. Wspólnie spędzamy bardzo relaksujące popołudnie i uczymy się robić bronsoltki. Troche hippie style. Salta jest bardzo przyjemnym miastem z ogromnym parkiem i wyluzowaną atmosferą. Dookoła otoczone górami. Wdrapałam się na San Bernardo, ale trochę za gorąco jednak na takie wędrówki. W Salta spędziłam wyjątkowo miły czas, szkoda, że powoli żegnam się z Argentyną.

 

 

 

 

 

 

 

 

Villa Maria, Argentyna

W piątek w parę osób pojechaliśmy do Villa Maria. A tam kolejny super smaczny grill i impreza do rana. Villa Maria jest maym, bardzo adnym i czystym miasteczkiem, skąd pochodzi spora część moich Cordobiańskich znajomych. Tym razem nocowałam u Ceci. Zabawne jak moi znajomi pięknie rozplanowali gdzie i kiedy śpie 🙂 W sobotę nasza grupa się powiększyła i na kolejnym przepysznym grillu było nas z 15 osób. W planach by “recital”. Jak się później okazało po hiszpańsku jest na odwrót i recital oznacza koncert a concert określa recital. Well, trochę zabawnie wyszło, bo nastawiałam się na spokojną, kulturalną imprezę a tu taka heca: koncert rockowy zespołu “Notevagustar” na parę tysięcy ludzi. Super było, wyskakałam się prawie jak na dobrym techno hehe. Po koncercie ruszyliśmy na bardziej latynoskie rytmy i powtórka z rozrywki, powrót do domku o 7 rano. Muszę się wyspać, ale Ceci już zaplanowała kolejną atrakcję i ruszamy do jej siostry na rodzinnego, niedzielnego grilla. Fajowo poczuć się jak w domku. Już wiem jaka to frajda dla moich znajomych jak ich zabieram na obiad do mojej Mamy albo częstuję pierogami Dziadka.
Niestety niedziela była też dniem pożegnań z większością moich Cordobiańskich znajomych. Miały być jedynie 3 noce w Cordobie a zrobiło się 10, ale było warto: Cordoba, San Marcos Sierras, Villa Maria i cała masa super ludzi. Znowu mi się łezka w oku zakręciła. Do zobaczenia moi przyjaciele. Mój dom jest dla Was zawsze otwarty i czekam na Was w 2015 roku 🙂 besitos Amores.

 

 

 

 

 

 

Cordoba, Argentyna

Znajomi namówili mnie, żebym została dłużej w Cordobie i pojechała z nimi na weekend do Villa Maria na koncert zespołu z Urugwaju. Całkiem miła propozycja, chętnie odpocznę w domowym zaciszu. Oj nie nie nie, nie ma czasu na odpoczynek. Atrakcje zagwarantowane. Już w niedziele po powrocie z babskiego wyjazdu wszyscy się spotkaliśmy na małą imprezę. Jak zwykle było super, tańce od pierwszej sekundy. Na poniedziałek umówiliśmy się na lunch, zabawnie wyszło, bo ja ciągle rozumiałam, że będziemy jeść un quillo, a oni mówili, że będziemy jeść w Unquillo (gdzie Luis ma dom). Jednak muszę jeszcze popracować nad moim hiszpańskim 🙂
Jedzenie jak zwykle niebo w gębie. Spontaniczne tańce i pomysł ruszenia na gokarty. haha śmiesznie, kocham tą spontaniczność tutaj. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Mega zabawa i wszyscy cali i zdrowi.
Kolejne dni również wypełnione były atrakcjami, rolki, spacer po Cordobie, ciekawe rozmowy przy winie. Ach łatwo nie będzie wyjeżdżać, całe szczęście wszyscy mi obiecali, że przyjadą do mnie w odwiedziny 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Las extraterrestre en San Marcos Sierras!!

Las extraterrestre en San Marcos Sierras – czyli kosmitki w San Marcos Sierras.
Razem z Ceci, Alejandrą, Laurą i Vanessą ruszamy na babski wypad na weekend do małej, mega wyluzowanej wioski niedaleko Cordoby. Pogoda trochę nam nie dopisuje, ale nam humory dopisują na maksa. Super atmosfera, relaks, artyści dookoła i wieczorem koncert jazzowy. Wracając zahaczamy o San Carlos Punilla i odwiedzamy kosmitów. Nawet widziałyśmy Ovnis, czyli latający spodek. Cudownie, pięknie i nareszcie babsko 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cordoba, Argentyna

Wreszcie dotarłam do Cordoby, do moich cudownych przyjaciół poznanych w Urugwaju: Vicki, Ceci, Jime, Luis, Lisandro i German. Dodatkowo poznałam Pancho i przecudowną Noe. Aaaaa zapowiada się ciężki weekend pełen atrakcji. W piątek wieczorem spotykamy się na asado u Germana. Przepyszne jedzenie, Fernet i spotkanie “po latach”. Oczywiście tańce, gry i zabawy. Ubaw po pachy 🙂 prawie jak na polskich otrzęsinach na weselu. Później ruszamy do klubu na jeszcze większe tańce.

 

 

 

 

 

 

 

Mendoza, Argentyna

Po przecudownym odpoczynku w Santiago, znowu trzeba było wrócić na ciężką drogę podróżnika.
Pożegnałam się z Moniką i Agatą i z naładowanymi akumulatorkami ruszyłam nocnym autobusem do Argentyny. Powtórka z rozrywki, spanie w pozycji embrionalnej i nowe stempelki. Jak zawsze są opóźnienia, to tym razem dojechaliśmy przed czasem, czyli o jakiejść 6 rano. Mega niewyspana poszwędałam się trochę po dworcu w poszukiwaniu atrakcji. Masakra, zimno, nic się nie dzieje, wszystko zamknięte. Spotykam Carlosa z autobusy i ruszamy na wspólne śniadanie na trawie. I to jest ten cudowny moment, kiedy wraca magiczna energia w podróży. Kiedy rozmawiasz z ludźmi i z zapartym tchem słuchasz ich historii. Kiedy masz wrażenie, że osoba z którą rozmawiasz to Twój stary przyjaciel. Aż się łezka kręci w oku, jak się żegnasz. To jest ten trudny moment w podróży.
Ja miałam zaplanowany tylko jeden dzień w Mendozie i okolicy, żeby dotrzeć na weekend do znajomych do Cordoby. Ruszam do Maipu, gdzie zwiedzam bardzo ciekawe muzeum wina i winnice. Pierwszy rower, który wypożyczam chyba szybciej jeźdxi w tył niż w przód, coś na miare rowerów, ktróre miałyśmy na Kubie haha. Po wymianie na lepszy model, aż chce się zwiedzać. Kręcę się po miasteczku i okolicy pare godzin, cieszę słońcem, wiaterkiem i świeżym powietrzem. Wracam na szybkie zwiedzanie Mendozy i spotykam się z wcześniej poznanym Mariano. Wypijamy tradycyjne niebieskie wino (?) i niestety czas ruszać dalej. Kolejny nocny autobus przede mną…

 

 

 

 

 

 

 

Bariloche, Argentyna

Jesteśmy w różnych hostelach, więc dzisiejszy dzień jest stanowczo dniem organizacyjno – porządkowo – odpoczynkowym. Wreszcie udało mi się zrobić pranie. Wyspałam się w łóżku, poszłam do muzeum Patagonii. Bariloche z tej perspektywy wygląda równie dobrze jak z Cerro Otto, które zdobyłam przed miesiącem 🙂 I tak chyba świecące słoneczko jest tu gwoździem programu. Po 5 tygodniach w Patagonii, wietrze, deszczu, minusowych temperaturach i raczej marnych warunkach słońce i hostel. aaaa mega.

 

 

 

 

Długa droga, daleka przed nami…

Po ponad dwóch miesiącach podróżowania na południe osiągnęłam punkt końcowy: Ushuaia i tym samym jak Forrest Gump postanowiłam obrócić się o 180 stopni i “biec dalej”. Biorąc pod uwagę moje zamiłowanie do ping ponga widzę dosyć sporo podobieństwo do Forresta hehe.
Wracając do podróży: wszystko co chciałam zobaczyć w Patagoni odwiedziłam, więc kierowana tęsknotą za słoneczkiem i relaksem postanowiłam jak najprędzej i jak najtaniej przenieść się na północ (dokładniej w okolice Puerto Montt w Chile). Po długim sprawdzaniu dostępnych opcji padło na autobus do Bariloche. Czyli najpierw od 5 rano ponad 12h do Rio Gallegos, gdzie po drodze dostałam kolejne 4 pieczątki w paszporcie. Masakra, 500 kilometrów w ponad 12 godzin, ponieważ dwukrotnie przekracza się granicę (Argentyna – Chile  – Argentyna). Do Chile nie można wwozić owoców, warzyw i mięsa, więc na granicy odgrywany jest teatrzyk w postaci złych celników i psa. Zabawne, doprawdy zabawne. Po 3 godzinach przerwy w mało sympatycznym Rio Gallegos ruszyliśmy kolejnym autobusem, tym razem 23 godziny do Bariloche. Łącznie cała podróż z Ushuaia do Bariloche z następnym opóźnieniem z powodu kolejnej awarii zajęła nam 41 godzin. Suuuper, wyspałam się za wszystkie czasy 🙂
Połączenie do Puerto Montt mamy dopiero za 2 dni, więc czeka nas mały odpoczynek w słonecznym Bariloche. Zapomniałam dodać, że nadal podróżujemy razem ze Starr i Michaelem.

 

Ushuaia, Argentyna

Jestem w Ushuaia! Miasteczka najdalej wysuniętego na południe. Stąd już tylko 1000 km na Antarktykę. Tym razem niestety odpuszczam krainę lodu ze względu na finanse. Najtańszy parodniowy rejs z serii last minute kosztuje około 4.500 $.
Po 12 godzinach jazdy autobusem i płynięciu promem po cieśninie Magellana jestem w Ushuai – tzw. el fin del mundo. Dosłownie, Kasia na końcu świata. Ushuaia zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Miasteczko portowe położone nad kanałem Beagle jest bardzo przyjazne i troche jakby tak tu życie wolniej płynie. Dookoła góry 1.500 m.n.p.m. co wspaniale komponuje się z resztą wyspy. Zatrzymuję się w super hostelu, gdzie dodatkowo odczuwam zwolnione tempo życia. Trochę odpoczynku się należy.
Następnego dnia razem z Starr, Michaelem i Bennym wynajmujemy samochód i zwiedzamy: jezioro Bombilla, Margarita, park narodowy i lodowiec Martial. Jest naprawdę ładnie, ale trudno już o efekt wow po lodowcu Perito Moreno, parku Torres del Paine i Fitzroy. Wszystko się tu super komponuje i uzupełnia. Miałam zupełnie inne wyobrażenie końca świata 🙂
Kolejnego dnia odpoczynek i delektowanie się słoneczkiem w ten mroźny dzień.