Category Archives: Bolivia

Huyana Potosi, Boliwia

Dosyć spontanicznie zdecydowałam się ruszyć na Huyana Potosi – jeden z łatwiejszych 6000 na świecie. Jako, że spędziłam sporo czasu w La Paz nie powinnam mieć problemów z wysokością, a reszta to psychika. Pierwszego dnia wyrusza się w butach plastikowych i w rakach do wysokości 5000 metrów. Jest to dosyć ciężkie, ale bardzo ciekawe doświadczenie. Wspinanie się po pionowej ścianie w rakach z czekanem w ręku wymaga naprawdę sporo siły i wytrwałości. Oddycha się ciężko a sprzęt ciągnie w dół.Zmęczeni wracamy do bazy na wysokości 4.700 metrów gdzie niestety dopada mnie choroba wysokościowa. Bardzo źle się czuję, wymiotuję i nie mogę jeść. No nic, kładę się spać i mam nadzieje, że jutro będzie lepiej. Rano czuję się troszkę lepiej, ale daleko mi do super formy. Z całym sprzętem ruszamy do kolejnej bazy na wysokość 5.130 metrów. Niby krótko i mało, ale mój plecak waży 15 – 17 kilo, więc wierzcie mi, że łatwo nie jest, tym bardziej, że oddycha się ciężko i nadal się słabo czuję. Już nie wymiotuję, ale nadal doskwiera mi brak apetytu i tlenu. W bazie jest cholernie zimno, dosłownie parę stopni powyżej 0. Około północy ubrani w 3 pary spodni, 3 pary skarpetek, to samo bluzy, raki, kaski i czołówki ruszamy na szczyt. Ja, Pierre z Francji i nasz przewodnik Felix. Jesteśmy zabezbieczeni liną w razie obsunięcia. Ja już wczoraj raz spadłam razem z zaspą śnieżną, nie powiem, dosyć intensywne doświadczenie.
Jest około -15 stopni i tylko widać światło naszych czołówek. Znowu zadaję sobie pytanie po jakiego grzyba ja się tam pcham, ale widoki są naprawdę niezeiemskie. Niestety prawie brak zdjęć, bo przy tym mrozie i przy całym oporządzeniu prawie niemożliwe jest wyciąganie aparatu z kurtki.
Mi w pewnym momencie zdrowy rozsądek zwycięża nad siłą woli i postanawiam zawrócić przed zdobyciem szczytu. Niestety udaje mi się dotrzeć jedynie na około 5900 metrów a nie na szczyt, który znajduje się na 6088 metrów. To stanowczo nie jest mój dzień, a wolę nie ryzykować. Może za krótka aklimatyzacja, a może ogólne zmęczenie. Widoki i tak przepiękne i satysfakcja pokonania kolejnych słabości. Całą wyprawę zaliczam do bardzo wymagających i technicznie i wytrzymałościowo. Psychika jest tu też ogromnie ważna. Narazie nie planuję kolejnych szczytów :p

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copacabana, Boliwia

Następnego dnia ruszamy takim samym rodzinnym składem do miasteczka Copacabana nad Jeziorem Titicaca. Jezioro to w większej części leży po stronie Boliwii i ta część nazywana jest Titi, ta po stronie Peru to zwykła Caca :p
Julio jest super przewodnikiem i opowiada historie pielgrzymek do Copacabana w Święta Wielkanocne, coś na styl naszych pielgrzymek do Częstochowy. Zwiedzamy przepiękny kościół z XVI wieku i małe muzeum. Obowiązkowym punktem wycieczki jest zjedzenie przepysznej rybki Trucha na Islas Flotantes, czyli pływających wyspach. Jeziorto robi ogromne wrażenie, nie widać brzegu po drugiej stronie.
Wracając do La Paz stoimi w ogromnym korku, gdzie z jednego pasa robi się pięć i obowiązuje tylko jedna zasada: kto pierwszy lub większy ten lepszy…
To był naprawdę cudowny weekend spędzony w miłej rodzinnej atmosferze. Susan i jej rodzina jest przecudowna i aż łezka się w oku kręci, że niedługo trzeba będzie się żegnać. Też mi już bardzo tęskno za moją rodzinką w Polsce.

 

 

 

 

 

La Paz, Boliwia

Po dłuuugiej drodze wreszcie docieram do La Paz. Susana odbiera mnie z dworca i idziemy na pyszną kawkę. Następnie powoli poznaję wszystkich członków rodziny: Julio, Fabian, Ariel, Miguel i przesłodka Lucia. Jest tak podobna do mojej chrześnicy, że ciągle chcę do niej wołać Kasia. Wieczorem idziemy na imprezę urodzinową do Dziadka i mam okazję spróbować pyszne Choclo własnej roboty. Przez kolejne dni zwiedzam La Paz razem z Susaną. Jestem pełna podziwu jej cudownej organizacji, 4 dzieci i własna firma i jeszcze tyle czasu znalazła dla mnie. Dzięki Susan próbuję całą masę lokalnych smakołyków: api con empanada con maiz, anticucho corazones (tak tak jadłam serca z grilla) itd. Samo La Paz bardzo miło mnie zaskoczyło i jest naprawdę super miastem, mimo swojego ogromu, jest czysto, spokojnie i ładnie. Położone jest na wysokości 3600 metrów n.p.m. Przy słonecznej pogodzie ma się przepiękny widok na ośnieżone szczyty Illimani. Susan jest super przewodnikiem i zabiera mnie na Plaza Murillo wraz z Palacio Legislativo i Palacio Presidencial oraz do muzeum Litoral (metali szlachetnych, Casa de Murillo, historii wojny o Pacyfik). Sama wybieram się jeszcze do Muzeum Folkloru. W weekend ruszamy całą rodziną do Coroico w rejonie Yungas. Susana zaczyna szkolenie w La Paz, więc niestety z nami nie jedzie. Wcześniej w tym rejonie była Death Road, czyli najbardziej niebezpieczna droga na świecie. Teraz służy jedynie jako atrakcja turystyczna. Ja daruje sobie zjeżdżanie rowerem po tej trasie, w sumie jakby nie patrzeć to większość dróg w Ameryce Południowej jest niebezpieczna… Wystarczają mi przepiękne widoki z nowej, bezpiecznej trasy.
Docieramy do Coroico – ślicznego miasteczka położonego na wzgórzu. Jako, że dziś tj. 12.04 jest Dzień Dziecka w Boliwii oglądamy pokazy magików i klaunów. Ruszamy w stronę przepięknego wodospadu a następnie na super smaczny obiadek, próbuję Charque i Cerdo Odovado a na deser pyszne lody. Po tak ciężkim dniu pełnym wrażeń ruszamy na zasłużony odpoczynek nad basenem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rurrenabaque, Boliwia

Do rana znalazł się mój plecak, ale niestety za to odwołano moją wyprawę ze względu na strajki i złe warunki pogodowe. No cóż mam zrobić, czeka mnie kolejny ciężki dzień nad basenem :p Kolejnego dnia, znowu szczęście nie dopisuje, ale poznaję super fajną Emme z Irlandii i wspólnie czekamy na start.
W końcu 4. kwietnia ruszamy na Pampas, po drodze mijając Reyes i Santa Rosa. Najpierw 4h po bardzo wyboistej i zakurzonej drodze gdzie ze 3 razy się zakopujemy i ledwo oddychamy. Po czym przenowimy się na rzekę Yacuma, która będzie naszym domem na kolejne kilka dni. W naszym domku nad rzeką przez podłogę widać aligatora, więc jest rześko, nie planuję wychodzić w nocy na siusiu :p
Wieczorem ruszamy na nocne safari, świecenie latarką i wynajdywanie świecących oczów kajmanów, aligatorów i innych stworzej jest całkiem mocnym przeżyciem. Cała frajdę psują nam komary mordercy, które dosłownie nas zjadają przez ubranie, ani spray deet 50 ani dlugi rękaw nic nie dają. Przez kolejne dni podziwiamy całą masę przepięknych ptaków, żółwi, małp, delfinów itd. Pierwszy raz w życiu łowię piranię, które wieczorem jemy na kolację. Tam gdzie są delfiny nie ma piranii i aligatorów (przynajmniej teoretycznie) więc wskakujemy do rzeki. Przecudowne miejsce i z całego serca polecam, niestety po tym raju czeka mnie ponad 20h podróż autobusem do La Paz. Całe szczęście podróżuje ze mną Paige i Lewis z UK, więc coś się dzieje. Autobus psuje się i zakopuje pare razy, ale to chyba nikogo nie dziwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cochabamba, Boliwia

J z Korei postanowiła dłużej zostać w Sucre i nauczyć się szydełkowania, Anna z Austrii i Emily i Fred z UK ruszali do La Paz a ja do Cochabamba. Szkoda, że już się wszyscy rozjeżdzamy, ale takie życie podróżnika. Nie chciałam odpuszczać, bo już i tak nie pojechałam do Oruro, bo poza karnawałem niewiele tam do zwiedzenia. Oczywiście znowu miałam cudowne “nocne” połączenie dotarło do Cochabamba o 4.30 rano. Czyli znowu ciemno, zimno i strasznie. Świetnie, cudownie poprostu. Przeczekałam na dworcu do wschodu słońca i ruszyłam na zwiedzanie. Pałac Simon Portales i Cristo de la Concordia, czyli kolejna statuła Chrystusa na wzgórzu 🙂 Jednak ta nasza w Świebodzicach, czy ta w Rio robi większe wrażenie. Ciepło, słonecznie i aż miło połazić po mieście. Spotkałam Josephę z Niemiec poznaną na Uyuni. Planowo jutro mam ruszać z samego rana autobusem do La Paz. Jak się szybko okaże planować to ja sobie mogę długo i namiętnie. Jak rano dotarłam na dworzec okazało się, że są strajki i cała Boliwia stoi, może dziś, może jutro, kto wie…
Szkoda mi było marnować czas więc kupiłam bilet na samolot na następny dzień: Cochabamba-La Paz-Rurrenabaque. Pierwszy lot, całe szalone 40 minut, jako, że planowo miałam parę godzin w La Paz to skoczyłam do centrum zorganizować sobie tour w Amazonii i spotkać się z Susaną (moją Boliwijską rodziną). Powtórka z rozrywki: planować to ja sobie mogę 🙂 okazało się, że mo drugi lot jest odwołany i przerzucili mnie na wcześniejszy samolot. W mega pośpiechu wracam na lotnisko, mam ze sobą tylko bagaż podręczny w kurtką zimową itd. czyli z rzeczami które miałam zostawić u Susany. Główny plecak nadałam już w Cochabamba. Po odprawie kolejna heca: jednak się pomylili i nie ma dla mnie miejsca w samolocie, znowu cała zorganizowana akcja, wyciąganie plecaka z samolotu, załatwianie mi hotelu itd. Po czym przyszedł szef wszystkich szefów i zarządził, że lecę. Wepchnęli mnie do samolotu w ostatniej sekundzie. Do Rurre doleciałam w 40 stopniowym upale jedynie z bagażem podręcznym, w którym czapka, rękawiczki i kurtka – świetnie 🙂 pomknęłam skuterkiem do hostelu i trochę czując się jak Tom Hanks z Cast Away zaczęłam przeszukiwać plecak w poszukiwaniu skarbów: jest super, okazuje się, że też jest bikini, więc tragedii nie ma, czekając na bagaż (coś czuje, że tydzień będą go szukać) idę relaksować się na basen.

 

 

 

 

 

Sucre, Boliwia

Po chłodnym Potosi wybieram się do Sucre, gdzie mam się spotkać z J z Korei.
Trafiam do baaardzo przyjemnego hostelu: Gringos Rincon i postanawiam, że sobie troszkę odpocznę i zrelaksuję w Sucre. Miasto jest oficjalną stolicą Boliwii, mimo, że większośc działań odbywa się w La Paz. Miła, studencka atmosfera. Razem z J powoli zwiedzamy miłe uliczki, Recoletę i jemy pyszne jedzonko za 1$ na markecie. Zwiedzamy bardzo interesujące muzeum tekstylii i historii Boliwii. Dołącza do nas wcześniej poznana przeze mnie Anna z Austrii.
Łącznie zostaję w Sucre 4 dni i spokojnie mogłabym tu zostać jeszcze z parę miesięcy 🙂
Jaka radość następuje jak niespodziewanie spotykam Emilly i Freda z UK, których poznałam w Urugwaju i już parę razy spotkałam po drodze 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potosi, Boliwia

Prosto z Uyuni przeniosłam się do Potosi – najwyżej położonego miasta na świecie (ponad 4000 m.n.p.m.).
Nawet nie mam oznak choroby wysokościowej, ale lepiej uważać.
Mały odpoczynek i jutro wyruszam na zwiedzanie jednej z kopalni. Znajdowały się tu bowiem ogromne złoża srebra. Podobno z ilości wydobytego już srebra możnaby zbudować most łączący Boliwię z Hiszpanią, niestety identyczny most możnaby również zbudować z ciał tragicznie zmarłych górników.
Wyprawa do kopalni jest wymagająca fizycznie i psychicznie. Znajdujemy się bowiem na 4300 m.n.p.m. i ok. 60 metrów w głąb ziemi. Szybkie wprowadzenie i powiedzmy, że zasady bezpieczeństwa… Pierwszy raz w życiu trzymałam dynamit w ręku, dziwne, że Potosi jeszcze istnieje, bowiem jest jedynym znanym mi miejscem gdzie legalnie można kupić dynamit i spirytus.
Warunki w kopalni są bardzo ciężkie, jeden z kompanów się wycofuje. Też mi to przez chwilę przechodzi przez myśl, po cholera ja się pcham w tą ciemną, straszną kopalnię, ale oczywiście się nie poddaję i idę, tzn. czołgam się i zjeżdżam dalej. Sporo daje do myślenia ta “wycieczka”. Już nigdy nie będę narzekać na pracę w biurze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Salar de Uyuni, Boliwia

Ostatniego dnia zwiedzaliśmy już jedynie: Arboles Petrificados z Isla Pescado na Salar de Uyuni i małe muzeum. Tu mieliśmy mega dużo frajdy ze zdjęciami, jak widać poniżej 🙂
Udało nam się również zobaczyć przepiękny wschód słońca.

Salar de Uyuni, Boliwia

Po zachodzie słońca momentalnie robi się mega zimno. Całe szczęście w naszej cudownej chatce, dostaliśmy chyba z 7 kocy do spania, więc dało radę.
Drugiego dnia zwiedziliśmy: Arbol de Piedra, Laguna Honda, Chiarkota, Hedionda, Canapa, wulkan Ollague, Salar de Chiguana.
Wszystko cudowne, piękne i niezapomniane.
Interesujące było zobaczyć jak nasz kierowca – Boliwijczyk ksenofobicznie zachowywał się w stosunku do naszej pary Chillijczyków. 23.03 to nie tylko urodziny mojego Dziadka i Madzi, ale również Dzień Morza w Boliwii (nie rozumiem, dlaczego Boliwijczycy świętują ten dzień skoro przegrali wojne i stracili dostęp do morza). Niestety efekt był taki, że nasz kierowca pół dnia chodził naburmuszony a drugie pół podchmielony. No coż, niestety nie jest to tutaj niczym nienormalnym.

Salar de Uyuni, Boliwia

Salar de Uyuni był od zawsze jednym z moich wymarzonych miejsc. Jest to największe solnisko świata. Położone jest na wysokości 3653 m. n. p.m.  a podczas całej wyprawy po Uyuni przebywa się na wysokościach nawet prawie 5000 m. więc wysokość daje się we znaki. Salar de Uyuni jest jednym z najbardziej płaskich obszarów na świecie (jedynie 41 cm. różnicy wzniesień). Zanim jednak dotrze się do Salar, po drodze mija się całą masę przecudownych miejsc: pierwszego dnia: Laguna Blanca, Laguna Verde, Pustynie Dali, Geyser Sol de Manana, wody termalne, Laguna Colorado.
Wszystko cudowne, piękne i niezapomniane.
Mam super świetnych ludzi w jeep`ie (J z Korei, Tabea i Josefa z Niemiec i Joana i Juan z Chile).