Category Archives: Chile

San Pedro de Atacama, Chile

Zdecydowałam się również zwiedzić Lagunę Cejar. Wszyscy się zachwycali, więc pełna nadziei ruszyłam. Stanowczo znowu się nie zawiodłam. Kolejne WOW, to już się robi powoli nudne, za dużo tych cudownych miejsc na ziemi.
Woda w Lagunie Cejar ma identyczne zasolenie co Morze Martwe i wynoci ono 33%. Zabawne uczucie utrzymywać się na wodzie, do tego wspaniałe widoki dookoła i fajni ludzie, których poznaję: Missy i Vivek ze Stanów. Ja z moją skręconą kostką na wydmach, a Vivek z ręką w gipsie po sandboardingu haha.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

San Pedro de Atacama, Chile

Dzisiaj wybrałam się na zwiedzanie Valle de la Muerte i zachód słońca w Valle de la Luna.
WOW. Spodziewałam się przepięknych widoków, ale że aż tak!! WOW
Jest to obszar zajęty wydmami i różnymi kształtami kamieni uformowanymi głównie przez wiatr.Trochę taki mały kosmos jak dla mnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

San Pedro de Atacama, Chile

Argentyna pożegnała mnie deszczem, za to Chile przywitało (już niestety ostatni raz) bardzo ciepłym, wręcz upalnym powietrzem. W sumie nic dziwnego, w końcu jestem na pustyni 🙂
Pustynia Atacama jest najsuchszym miejscem na ziemi. Roczna suma opadów nie przekracza tu 100 mm. Droga do hostelu w upalnym słońcu jest dosyć wyczerpująca, ale miasteczko robi bardzo przyjemne wrażenie. Niestety jest tu dosyć turystycznie i na każdym kroku są agencje turystyczne. Przepiękne miejsce więc i masa turystów.
Zaplanowałam swoje kolejne parę dni i ruszyłam na obiadek. Ceny z kosmosu, ale dzięki mojej znajomości hiszpańskiego udało mi się dostać wskazówki od miejscowych. Mam zaplanowane Centrum Astronimiczne, Valle de la Luna i Laguna Cejar.
Centrum Astronomiczne nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia jak się spodziewałam, ale tak to jest jak się ma zbyt wysokie oczekiwania. Udało mi się sfotografować księżyc, więc jest mały sukces.

 

 

 

 

 

moja pierwsza publikacja w I love Chile

Kochani,
zapraszam do przeczytania mojego artykulu w I love Chile. Zawodowa pisarka nie jestem, ale mam nadzieje, ze przekaz jest dosyc jasny 🙂

http://www.ilovechile.cl/2014/03/08/ode-freedom/104707

WHAT WOULD YOU DO IF YOU COULD DO ANYTHING? WOULD YOU LIVE YOUR CURRENT LIFE OR WOULD YOU LEAVE IT AND TRY TOTALLY DIFFERENT THINGS?

Written by Katarzyna Deren.
Although my life was really cool (lovely family, great friends, good job, free time always full of adventures), I decided to leave this stability and check if the grass was indeed greener on the other side. I quit my job, sold things and bought one way ticket to South America to know the world and what is even more important to know myself. What will I do with myfreedomwhere will I go?
The first couple of months were a well-organized trip: sightseeing, planning, counting time and money. It is very hard to change your habits, but once you succeed you feel the difference. Now I cannot wait to see what the new day will bring. Of course I have some alternative plans, but no stress: yo no se mañana and this is the most exciting part. I will never forget this amazing feeling: freedom!
Parachuting, ice climbing, eating fresh bread on the grass, dancing till the sunrise, having a small home in every place I visit, being spontaneous and creative and learning so many amazing things from my new friends all over the world. With all this freedom I still want to return to my ¨old, good life¨ one day, but it will never be the same, as I know the meaning offreedom.
I am a 28-year-old happy and energetic girl from Poland, who already traveled almost 20.000 kilometers in the last 3 months. I have enjoyed tropical dream in Brazil, amazing beaches in Uruguay, hitchhiked in the Chilean and Argentinean Patagonia, survived stunning Torres del Paine, talked with penguins, reached Fin del Mundo, ice climbed volcano Villarrica and drunk wine in Mendoza. Sky is the limit here and sometimes I have the feeling that it is just a dream, but it did happen and it was me who made it happen.
And what would you do to enjoy freedom? Ready for a ride?

Valparaiso & Vina del Mar, Chile

Postanowiłam trochę zagęścić ruchy i przenieść się do Cordoby w Argentynie do moich znajomych na najbliższy weekend. Jednodniowy wypad z Santiago do Valparaiso i Vina del Mar okazał się całkowicie wystarczający. miasteczka warte zobaczenia, ale bez szału. Vina jest typowym kurortem, akurat odbywa się tam festiwal i cała masa pięknych, młodych i znanych oraz szalonych fanów. Nawet ja mam fotkę z kimśtam, a co będę sobie żałować. Żeby było śmieszniej zrobili ze mną mały wywiad, jako, że rozmawiałam z tym niezmiernie znanym panem hahaha. Może ktoś z Was zna i mi podpowie, kto to 🙂
Przeszłam się po deptaku, nacieszyłam słoneczkiem i przeniosłam do Valparaiso (w tłumacznieniu “rajska dolina”) . Rzeczywiście trochę przereklamowane, ale i tak warte odwiedzenia. Jakby nie patrzeć miasto wpisane jest na listę UNESCO. Stanowczo jeden dzień wystarczy. Ja podłączyłam się do grupy zwiedzającej z przewodnikiem. Prawie 4 h spaceru, trochę historii i ciekawostek. Ładnie, kolorowo, ale trzeba uważać na 1000 psich kup. 15 wind w tym stromym mieście jest ciekawym wypełnieniem krajobrazu. Widok na port i wąskie uliczki przyjemnie relaksuje. Czas wracać do Santiago na ostatnią noc i znowu kierunek Argentyna.
Ostatni wieczór z Moniką i Agatą i pożegnanie z naprawdę cudownym krajem. Chile jest na 5+ i mega miło mnie zaskoczyło swoją różnorodnością. Warto zwiedzić.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Santiago, Chile

Na spokojnie zwiedzamy sobie Santiago. Monika jest moim prywatnym przewodnikiem. Nie ma tu żadnych wyjątkowych zabytków, ale przyjemnie przejść się po uliczkach. Spokojnie i czysto. Zawsze coś ładnego się znajdzie. Próbujemy tutejszych specjałów: Pastel de Choclo i Ceviche. Czasem też można znaleźć plastikowe jedzenie na wystawie jak w Japonii. Santiago jest bardzo przyjemne do mieszkania, jedyny problem to chyba to ogromne zanieczyszczenie powietrza tutaj.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Santiago, Chile

W czwartek rano dotarłam do Santiago. Monika (moja bardzo dobra koleżanka ze studiów, która tu mieszka od ponad 2 lat) zostawiła mi klucze na recepcji. Ach jaka była ma radość widząc ładne, zadbane mieszkanko, gdzie wreszcie mogłam chodzić na bosaka i poczuć się jak w domu.
Po paru godzinach przyszła Monika, więc moja radość była jeszcze większa. Fajnie tak się znowu zobaczyć, chociaż czas tak szybko leci, że nawet nie odczuwa się tych paru miesięcy.
Postanowiłyśmy spędzić spokojny wieczór w domku i troszkę poplotkować. Cudnie, bosko, przeziemsko 🙂 babski wieczór na całego. Monika mieszka z Agatą, więc bab pod dostatkiem.
W piątek pół dnia połaziłyśmy po Santiago, które zrobiło na mnie wyjątkowo dobre wrażenie. Nie ma tu specjalnie dużo zabytków lub niezapomnianych miejsc, ale ogólna atmosfera miasta, to że jest czysto, zielono i spokojnie sprawia, że jest to jedno z tych miast, w których można naprawdę dobrze mieszkać.
W sobotę razem ze snajomymi Moniki i Agaty pojechałyśmy nad jezioro Aculeo. Przecudowny, relaksujący dzień z przepysznym jedzonkiem, prawie jak w domku 🙂 Wieczorkiem poszłyśmy do salsoteki. Ach co to była za noc, istne szeleństwo. Niedziela i poniedziałek minęły na leniwym zwiedzaniu kolejnych zakątków Santiago. Dla mnie i tak większość frajdy to spotkanie z Moniką i to wspaniałe uczucie relaksu i domowej atmosfery. Jutro jadę do Valparaiso nad Pacyfik.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Villarrica, Chile

Kolejne wielkie WOW. Wulkan Villarrica był jedym z mocnych punktów Chile i naprawdę nie zawiódł, nawet przerósł oczekiwania. Może to nasi wspaniali przewodnicy: Eric, Ricardo i Christian sprawili, że wchodzenie na ten wulkan było takim super i niezapomnianym doświadczeniem. Krater znajduje się na wysokości 2840 metrów. Ostatnie 3 godziny wchodzi się po lodzie. Stanowczo zostaje to moim nowym hobby i warte przemyślenia zmiana zawodu na przewodnika górskiego 🙂
Niestety był to też ostatni dzień podróży ze Starr i Michaelem i po 3 tygodniach wspólnej przygody musieliśmy się pożegnać, bo ja przenoszę się już do Moniki do Santiago.
To były wspaniałe 3 tygodnie, pełne przygód, szaleństwa, mnóstwa trekingów, przepięknych widoków i niezapomnianych doświadczeń. Do zobaczenia 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Chiloe, Pacyfik i wulkany, Chile

Pełni werwy i energii ruszamy naszą białą strzałą Toyota Yaris na wyspę Chiloe – największą z 40 wysp archipelagu. Długa na 180 kilometrów i wąska na 50 kilometrów. Słynna z wyluzowanej atmosfery i ogromnej ilości drewnianych kościołów. Na początku kierujemy się do Ancud. Lunch na trawie w parku, festyn wojskowy i muzeum historii wyspy. Dosyć szybko przenosimy się do  Castro – “metropolii wyspy” (mniej niż 50.000 mieszkańców). Chyba trafiliśmy na jakiś boom, bo ilość turystów była ogromna. Pierwsze, co rzuca nam się w oczy to żółto-purpurowy kościół Iglesia San Francisco de Castro (my go nazwaliśmy Disneyland Church). W środku jest dosyć duży obraz Jana Pawła II, co mnie miło zaskoczyło.
Castro tętni życiem, na każdym kroku naprawdę wspaniali artyści, żonglerz, mim, połykacz ognia.To wszystko sprawia, że Castro jest bardzo wyjątkowe. Pod wieczór wyruszamy do Parku Narodowego Chiloe, gdzie planujemy spędzić noc i następnego dnia zrobić mały treking. Po drodze zabieramy kolejnych autostopowiczów (taki mały payback) i powoli odkrywamy, że kierujemy się w “paszczę smoka”, trochę jakbyśmy wylądowali samochodem w środku Loveparade. Okazuje się, że w parku odbywa się ogromna impreza z okazji pełni księżyca (ostatnią pełnię spędziłam w Bariloche na weselu haha). Średnia wieku to 17 lat. Troszkę się wycofujemy i wreszcie udaje nam się znaleźć miejsce na kempingu. Łatwo nie jest, ja śpię w aucie jak za starych, dobrych czasów, a Starr z Michaelem w namiocie. Niestety brak wody i innych “luksusów”. Rano ruszamy na mały spacerek po parku w stronę jeziora, a później wydmami nad Ocean Spokojny. Wow, dawno nie widziałam Pacyfiku z tej strony świata 🙂 Pogoda super, mimo że noc była wyjątkowo zimna. Ruszamy na wschód wyspy do Dalcahue i nad wodospad Tenaun. Trochę się gubimy po drodze, bo albo totalny brak znaków na drodze, lub dosyć nieczytelne. Wodospad prześliczny, ale czas powoli zbierać się na ląd. Nasza droga na skróty okazała się słabym pomysłem i 70 kilometrów przejechaliśmy na żwirówce (ripio, to nowe hiszpańskie słowo na dziś).
Jedziemy maksymalnie na północ, żeby nie tracić dnia na prowadzenie po autostradzie. Robi się bardzo późno, więc noc spędzamy na poboczu. Rano docieramy do wspaniałego regionu: San Juan. Wow wow wow, super, że mamy samochód, bo za Chiny byśmy tu nie trafili autobusem. Odwiedzamy 3 małe miasteczka nad wybrzeżem: Maicolpuc, Bahia Mansa i Pucatrihue. Czas się tu zatrzymał. Na śniadanie jemy jeszcze ciepłe bułeczki i napawamy się przepięknymi widokami na Pacyfik. Teoretycznie z plaży można oglądać foki i delfiny, ale przy tej pogodzie widzieliśmy jedynie jednego topielca na brzegu.
Z nad Pacyfiku przenosimy się do Parku Narodowego Puyehue, gdzie jeszcze udaje nam się zrobić jeden mały treking przed zachodem słońca. Ruszamy trasą Pudu w Anticura aby zobaczyć kolejny dziki wodospad. Od leśniczego dostajemy bardzo cenne wskazówki i pozwolenie na dzikie, darmowe nocowanie na jego terenie. Super miejsce, miło i przyjemnie, lecz znowu mega zimno w nocy. Raniusieńko przed 7 udajemy się za radą strażnika do Antillanca – resortu narciarskiego, który tętni życiem jedynie w tutejszą zimę. Samochodem pokonujemy większość drogi, aż do krateru Rupanco, gdzie po krótkim trekingu docieramy na szczyt, z którego rozpościera się przecudowny widok na 3 wulkany: Puyehue, Casablanca i Osorno. Wow, widok jak z obrazka. Obydwa jeziora (Puyehue i Rupanco) są niestety osłonięte mgłą. Wulkan Puyehue miał erupcję w 2011 roku, bez lawy, ale popiół dotarł aż do Buenos Aires. W Chile jest około 5000 wulkanów, które z reguły eksplodują seryjnie i tak Puyehue miał erupcję rok po Chaiten  i wpłynął na wzmożoną aktywność wulkany Villarrica w 2012 roku.
W pełni usatysfakcjonowani cudownymi widokami docieramy do wód termalnych na zasłużony odpoczynek. Tego mi było trzeba, moje obolałe mięśnie i stawy troszkę się wygrzały i są gotowe na kolejne wyzwania.
Ruszamy do miasteczka Puerto Octay, gdzie rozpoczynamy okrążanie ogromnego jeziora Llanquihue. Miasteczko z ogromnym niemieckim wpływem z budynkami z XIX wieku. Warte zwiedzenia jedynie jak jest po drodze. Okrążając jezioro mamy przepiękny widok na niezmąconą taflę wody i wulkan Osorno w całej okazałości. Znajdujemy drogę, która prowadzi nas na zbodze wulkanu. Tak tak, znowu wielkie WOW.
Kontynuując drogą nad jeziorem docieramy do Puerto Varas – typowo turystyczne, ale przyjemne miasteczko położone nad samą wodą. Rano niestety żegnamy się z naszym samochodzikiem i ruszamy autobusem do miasteczka Villarrica, gdzie planujemy wspiąć się na wulkan.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Punta Arenas, Chile

Żegnam się z Solange i razem ze Starr i Michaelem ruszamy do Punta Arenas. Teoretycznie miało być tu brzydko i nudno, ale mi się to miasto portowe spodobało. Poznaję w swoim hostelu kolejnych fajnych ludzi. Z Markosem z Santiago jeszcze się spotkamy, a z Bannym z Berlina następnego dnia wybieramy się razem na Isla Magdalena odwiedzić pingwiny. Pogoda zapowiada się fatalnie, ale jako że już zeszliśmy z gór nie możemy narzekać.
Pogoda okazuje się być masakryczna i niestety odbiera nam trochę frajdy z całej wycieczki. Leje jak z cebra, wieje tak, że prawie latam, ale i tak jest super. Pingwiny mistrz 🙂