Category Archives: Equador

Quito i Mindo, Ekwador

Udało nam się zgrać z Emilly i Fredem i razem ruszyliśmy do Mindo niedaleko Quito. Tam czekała na nas bardzo miła niespodzianka w postaci Mariposarnia, czyli zoo dla motyli. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza, że widzieliśmy narodziny nowych motyli. WOW.
Dodatkowo kolejnego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie Quito i weszliśmy po drabinie na szczyt katedry, skąd mieliśmy super widok, nie powiem wejście jednak było dosyć przerażające 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Quito i Mitad del Mundo, Ekwador

Przez ostatnie parę dni nie miałam połączenia z netem, więc do Quito dojechałam na ślepo kierując się do poleconego hostelu. Niestety brak miejsca. Wrrr poszłam do innego hostelu, gdzie mieli wolne łóżko tylko na jedną noc. Trochę zawracanie gitary, ale cóż zrobić. Na szybko zwiedziłam bardzo ładne, kolonialne stare miasto Quito i ustaliłam plan jak spędzę swoje kolejne 18 urodziny.
W dniu urodzin rano ruszyłam na kolejke linową, żeby mieć widok na całe miasto. Szału nie było, ale w sumie i tak po drodze na równik, więc warto było wjechać na 4100 m. Mnie już te wysokości totalnie nie ruszają, a nawet podejrzewam, że się dziwnie będę czuła na nizinach 🙂
Autobusem lokalnym ruszam do Mitad del Mundo, w planie miałam jeszcze zobaczyć ciekawy krater, ale ogromne zachmurzenie pokrzyżowało mi plany. Szybciutko ruszyłam do muzeum na równiku, żeby nma własnej skórze doświadczyć ciekawych eksperymentów.
Kiedyś widziałam Cejrowskiego próbującego postawić jajko na gwoździu i jakoś tak sobie ubzdurałam, że sama też kiedyś to zrobie. I tak w miłej i frywolnej atmosferze spędzałam urodzinki na północnej i południowej półkuli jednocześnie 🙂
Jajko udało mi się postawić na gwoździu dosyć szybko. Ciekawe jest obserwowanie jak spływa woda na obydwu półkulach, na jednej wir jest zgodny z ruche wskazówek, na drugiej przeciwny. Na równiku… woda zwyczajnie spada tak jak np. wodospad. Śmiesznie było próbować przejść dokładnie po równiku prosto mając zamknięte oczy. Trochę jak po sporej dawce alkoholu siły przyciągające działają naprawdę mocno.
Po muzeum skoczyłam jeszcze pod obelisk, który kiedyś został uznany jako równik. I tak pełen podziw, że pomylili się jedynie o ok. 250 m. nie mając gpsa i innych urządzeń.
Wieczór spędziłam w towarzystwie już moich starych znajomych z UK: Emilly i Freda oraz 3 nowo poznancy koleżanek z Niemiec. Wiek starczy zobowiązuje, więc byliśmy grzeczni i nie imprezowaliśmy do rana :p

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Quilitoa, Ekwador

Bardzo dużym plusem dla Ekwadoru jest mała powierzchnia i co za tym idzie krótkie przejazdy między miastami. Po parodniowych podróżach w Argentynie itd. mam już odciski na ***.
Tak też cudowne 2h z Baños do Latacunga, gdzie poznaję Juliana z Holandii i kolejne 2h już wspólnie pokonane “płatnym autostopem” do Quilitoa. Znajduje się tu przepiękne turkusowe jezioro w kraterze. Ruszamy na szybki trekking w głąb krateru. Jest dosyć stromo, momentami nawet 60 stopni nachylenia, więc powrót na gore jest dosyć rześki. Znowu przepiękne widoki okupione zmęczeniem i potem, ale jaka frajda 🙂
Zatrzymujemy się w ciekawym, ale koszmarnie zimnym hostelu, w sumie nic dzienwgo, jesteśmy na prawie 4000 metrów. Mój przyjaciel Jumping Jack powraca. W nocy chowam się pod 2 kołdrami i udaje mi się przetrwać do rana. Luksus na maksa w porównaniu do niedawno spędzonych nocy w mokrym namiocie i wilgotnym śpiworze na Santa Cruz. Trochę zaczynam się obawiać zimna na biegunie 🙂

 

 

 

 

 

 

Baños, Ekwador

Wszyscy bardzo zachwalali Baños i mówili, że to super miasto imprezowe i dobre miejsce na spędzenie urodzin. hmmm jako, że krucho u mnie z czasem to urodziny spędzę tam, gdzie wypadną.
Baños okazało się bardzo spokojnym miejscem i mimo, że totalnie turystycznym, nadal mającym swój urok. Jako, że w ostatnim czasie bardzo intensywnie podróżuję, postanowiłam spędzić antyspołeczny wieczór i odpocząć. Następnego dnia ruszam na zwiedzanie wodospadów. W kolumbijskim stylu w imprezowej “chiva” docieramy do Pailon del Diablo. Wodospad ten rzeczywiście robi mega wrażenie. Po drodze wskakujemy na kolejkę linową przelatującą nad wodospadem. Lekko przerażająca jest myśl, że to chyba jest konstrukcja własna i raczej mało bezpieczna. Razem z poznanym Johnem z Guam wybieram się jeszcze na pycha lunch i słynne gorące źródła. Kręcąc się po miasteczku stwierdzam, że chyba 2 dni tu wystarczają i już kombinuję przeprowadzkę na następny dzień, tym razem nad jezioro Quilitoa.

 

Alausi, Ekwador

Długo się zastanawiałam, czy zatrzymywać się w Alausi czy jechać bezpośrednio do Baños. Jako, że I tak już na maksa skróciłam zwiedzanie Ekwadoru, postanowiłam, że jednak się zatrzymam na chwil;kę w tym małym miasteczku i odwiedzę jego główną atrakcję, czyli przejazd pociągiem po trasie: Nasal del Diablo, czyli Nos Diabła. Bardzo się cieszę, że podjęłam taka decyzję, bo było super, turystycznie ale prześlicznie. Mój autobus “wyrzucił” mnie na autostradzie, ale już po paru krokach znalazłam się w centru, Od razu miłe powitanie i uśmiechnięci lokalesi, bardzo pomocni i witający w swojej wiosce. Z rana wybieram się na przejażdżkę pociągiem, jest to jedna z piękniejszych i trudniejszych tras na świecie. W pociągu spotykam przemiłą rodzinę z Kolumbii i zabawnego Christiana z Niemiec, który fajnie podsumował jak mu opowiedziałam swoją historię w mega skrócie: “ooo, ja też już przeszedłem na emeryturę”, ba, coś w tym jest.
Wokól trasy krązy cała masa diabelskich legend. Jak docieramy do Sibambe witają nas roztańczeni lokalesi. Wszystko mega turystyczne, ale ma swój klimat. Jeszcze chwilę się pokręciłam po miasteczku i ruszyłam do Baños.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cuenca, Ekwador

Wymęczona podróżą i stresami na granicy dotarłam do bardzo przyjemnego i nie wiedzieć dlaczego pustego hostelu. Wreszcie na spokojnie nadrobiłam parę wpisów na blogu i bardzo szybciutko padłam spaciu. Raniutko pełna sił i energii ruszyłam na zwiedzanieruin Ingapirca. Mimo, iż daleko im do Machu Picchu, to z pewnością są warte odwiedzenia. Mój super lokalny autobus odmawia posłuszeństa w szczerym polu, ale udaje mi się wymusić zwrot pieniędzy i wskoczyć do kolejnego. Dosłownie wskoczyć, bo oni tu tylko zwalniają. W nowym autobusie poznaję Shivangi z Indii i Jake`a z Brianna z US i wspólnie zwiedzamy te największe ruiny w Ekwadorze. W cenie biletu jest przewodnik, więc można się dużo dowiedzieć. Po powrocie do Cusco wygrywa lenistwo i wskakuję na hop on bus i jeżdzę autobusem turystycznym dookoła miasta i słucham kolejnego przewodnika. Miło tak czasem sobie posiedziec 🙂
Nie umiem odpuścić i następnego dnia ruszam do słynnego Parku Narodowego Cajas. Razem ze mną jedzie poznana w hostelu Linda z Niemiec. W Ekwadorze jest teraz pora deszczowa, więc rangersi parku pozwalają nam jedynie na ruszenie trasą do jeziora. Trochę taplamy się w błocie, ale spokój i cisza wokół nas jest nieziemska. Przy tej pogodzie park wygląda dosyć mrocznie. Powrót do Cuenca okazuje się nielada wyzwaniem, bo żaden z mijających nas autobusów nie chce się, nie wiedzieć czemu, zatrzymać. Spotykamy jeszcze Isabelle z Niemiec i zabawną rodzinę z Meksyku. W Cuenca cudowna pogoda i aż miło jeszcze chwilke połazić i pozwiedzać. Późnym wieczorem wyruszam do Alausi.