Category Archives: Peru

Huanchaco, Peru

Przykro było żegnać się z Anią po 2,5 tygodniach wspólnego wędrowania. Dosłownie wędrowania, bo razem przeszłyśmy Salkantay, Colca Kanion i Santa Cruz. Ruszyłam “nocnym” autobusem do Trujillo. O 5 rano jak dotarłam na dworzec spotkałam Adama z US i Jorka z Niemiec. Po dłuższych perturbacjach postanowiłam odpuścić sobie mega turystyczną Mancorę pełną przystojnych i opalonych surfingowców (ale dlaaaczego??). Na samą myśl o kolejnej pół nocnej podróży robiło mi się słabo. Poza tym kruchop u mnie z czasem, więc postanowiłam od razu uderzyć do granicy z Ekwadorem i czekając na nocny autobus spędzić relaksujący dzień w małym miasteczku nad oceanem – Huanchaco. Naganiacze do restauracji dosłownie się o nas pobili, ale razem z Jorkiem wybraliśmy jednak restaurację kolumbijską. Tak to ja mogę “zabijać czas”, plaża, słoneczko, opalanie i szum oceanu. Przepiękny zachód słońca, chyba tym piękniejszy, że jeden z ostatnich przed wyprawą na biegun. Niestety wieczorkiem smutny powrót do rzeczywistości i syfny, nocny autobus do Aguas Verdes i Huaquillas.

Huaraz & Santa Cruz, Peru

Docieramy o 6 rano i zgodnie stwierdzamy, że należy nam się solidny odpoczynek. Szelejemy, bo aż cały dzień spędzamy na spokojnie. Ruszamy na market na śniadanie, ale znalezienie czegoś jadalnego dla nas o tej porze dnia okazuje się nie lada wyzwaniem. Peruwiańczycy bowiem o 7 rano na ichniejsze śniadanie jedzą smażonego kurczaka lub zupę gotowaną na głowie chyba lamy. No cóż, zawsze można znaleźć pyszne soki naturalne.
Wstępnie planowałyśmy wybrać się na trek Santa Cruz same, ale po podliczeniu kosztów okazało się, że lepiej dołączyć do zorganizowanej grupy niż iść na własną rękę. Trasa wygląda na sporo łatwiejszą niż Salkantay czy kanion Colca. Są to tylko 4 dni i jedno przejście na 4750 metrów. W grupie mamy 6 sympatycznych Izraelitów i już mniej symaptycznych 2 kolesi z Danii i jednego ze Stanów. Pierwszego dnia jazda busikiem i treking trwają po 5h, więc długi, ale łatwy dzień. Widoki są poprostu niesamowite. Nic dziwnego, że Santa Cruz jest uznawany za jedną z piękniejszych tras na świecie. Szkoda, że zdjęcia nie oddają tego piękna w wystarczający sposób. Niestety pod wieczór zaczyna mocno padać, więc namiot i śpiworu dosłownie pływają. Dzień drugi należy do najpiękniejszych, ale też do najtrudniejszych i najdłuższych. Pogoda nam stanowczo nie dopisuje, tak naprawdę to totalna masakra. Bardzo mocno pada i prawie zero widoczności. Na pasażu 4750 metrów zaczynam zamarzać. Śnieg z deszczem i do tego wiatr. Czuję się jak w Patagonii. Do kempingu jeszcze parę godzin marszu, a ja mogę swoje buty dosłownie wyżymać. Po dotarciu do bazy dopiero po 30 minutach się rozmrażam. Namioty mokre i wilgotne śpiwory. Strasznie zimno. Powraca mój niezłomny przyjaciel z Patagoni – Jumping Jack, czyli nasz polski pajacyk. Po paru podskokach dopiero można wejść do śpiwora. Ziiiimno!!! Z Anią robimy trochę pimp my tent, wiążemy sznurki w środku i używamy poncha jako podłogi i jest stanowczo lepiej.
Całe szczęście następnego dnia się rozpogadza. Stara sprawdzona metoda na suche skarpetki i siatki plastikowe w mokrych butach sprawdza się świetnie. Trochę wiocha, ale kto by na to patrzył w takich warunkach. Widoki niezmiennie przecudowne. Bardzo żałuję, że wczoraj nic nie było widać. Ostatni dzień już jest bardzo słoneczny, ale to już tylko parę godzin trekkingu i powrót do Huaraz na kolejne pycha ceviche i wielkie ciastko czekoladowe. Pożegnalny wieczór z Anią i organizowanie lotów do Polski.
Oj dzieje się, dużo się dzieje…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lima, Peru

Nie planowałam zwiedzać Limy, ale żeby przedostać się z idyllicznego kanionu Colca do Huaraz w Cordiliera Blanca musiałyśmy przesiąść się właśnie w Limie. Najpier 6 godzin z Cobanaconda do Arequipa, gdzie na szybko ziwedziłyśmy to ogromne miasto. Następnie 16 godzin do Limy, więc nawet miło było się na chwilę przejść. Lima to ogromne miasto, tak naprawdę jeden wielki bazar. Udaje nam się znaleźć przepyszne ceviche i zwiedzić stare miasto. Cieszę się, że nie zostajemy tu na dłużej. Ruszamy kolejnym nocnym autobusem do Huaraz.

 

 

Kanion Colca, Peru

Po krótkim odpoczynku w Cuzco ruszam razem z Anią do Arequipa i do Kanionu Colca. Kolejny super autobus nocny dociera o 5 rano, ale już po chwili łapiemy kolejny do Cobanaconda. Wymęczone wielogodzinną podróżą postanawiamy odpocząć i trekking w dół kanionu zacząć dopiero następnego dnia. Mapa którą dostajemy jest delikatnie mówiąc beznadziejna, ale trudno, raniutko wyruszamy na 7 godzinną wędrówkę przez 3 wioski aż do Sangalle – Oasis w dole kanionu. Ta trasa miała być sporo łatwiejsza od tej prawie w lini prostej w dół, ale nie powiem, żeby rzeczywiście należała do łatwych. Przez pierwsze 3 godziny schodzimy 1000 metrów aż do poziomu rzeki, po czym wchodzimy 500 metrów po drugiej stronie. Trochę się gubimy, ale po drodze spotykamy Maxi – przewodnika górskiego z Argentyny, który… gubi się z nami haha. Brak innych osób, żeby zapytać o drogę. Próbujemy jedną trasę, znowu 500 metrów w dół, po czym okazuje się że to “ślepa uliczka” i wracamy 500 metrów w górę. Jeszcze parę razy trafiamy w takie ślepe uliczki i dosłownie wykończeni trafiamy pod wieczór po łącznie 10 godzinach do Sangalle – Oasis. Postanawiamy sobie za to zrobić dzień dziecka i odpocząć jeden dzień w kanionie. Basenik, opalanie i długie rozmowy z Ania i Maxi. Ania jest wegetarianką, nie jedzącą glutenu do tego zafascynowaną Himalajami i Indiami, Maxi natomiast podróżuje już od… 18 lat. Bardzo dużo fajnych rzeczy się od nich dowiedziałam i szkoda, że mamy tak mało czasu wspólnie. Niestety wszyscy stoimy dosyć krucho z czasem i następnego dnia ambitnym podejściem 1100 metrów różnicy wysokości pokonujemy w 2,5 godziny. Wspólne drugie śniadanko i powrót do Arequipy na szybkie zwiedzanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Machu Picchu via Salkantay, Peru

Sporo przed świtem wyruszamy w trasę. Po ok 2 czy 3 godzinach docieramy do Mollapata, skąd rozpoczynamy trekking. Okazuje się, że w naszej grupie jest aż 6 osób z Polski, Ania która mieszka w Edynburgu i podróżuje już od 6 miesięcy po Brazylii, Boliwii i Peru oraz 2 małżeństwa: Ania z Grzesiem i Ola z Sebastianem, którzy mieszkają w Norwegii. Oprócz nas są Phillip z Teksasu, Caira i Caren z Irlandii, Sylvaina i Nicolas z Urugwaju i Bruna z Brazylii. Nasz przewodnik Miguel ze względu na większość Polaków nazwał naszą grupę “Na zdrowianie” i tak sobie zaczynamy 5 dniową wędrówkę w stronę Machu Picchu. Pierwszego dnia idziemy około 19 kilometrów głównie pod górę. Widoki przepiękne i super towarzystwo sprawiają, że te 8 godzin wędrówki mija szybko i bardzo przyjemnie.
Drugi dzień trekkingu jest najtrudniejszy. Pobudka sporo przed 5 rano, ale w królewskim stylu z herbatką podaną do namiotu. Pycha śniadanko i ruszamy. Najp[ierw dosyć mocne 4 godziny w górę aż do 4.600 metrów, później kolejne 6 godzin w dół. Ciężki dzień, ale wokoło przepiękne widoki na ośnieżony szczyt Salkantay. Wszyscy padają około 20. Kolejne dni są już troszkę bardziej z górki i tak dnia trzeciego wędrujemy już tylko 6 godzin i popołudnie spędzamy na gorących źródłach w Santa Teresa. Zasada obowiązkowa: wszyscy muszą wziąć prysznic przed wejściem do wody… jakby nie patrzeć po 3 dniach nie grzeszymy czystością :p Źródła są przecudowne z wspaniałymi widokami. Moje obolałe stawy i mięśnie wreszcie mogą troszkę odpocząć. Wieczorem mamy ognisko i małą imprezę. Wszyscy grzeczni i spokojni, bo następnego dnia znowu trzeba wędrować. Całą Polska ekipa decyduje się następnego dnia ruszyć na Canopi i tym samym obciąć 2h trasy. Ja już wcześniej zjeżdzałam na linach w Kolumbii, ale to Zip line tutaj jest naprawdę super ekstra. Najdłuższe ma długość 800 metrów i zawieszone jest ponad 1000 metrów nad doliną, robi wrażenie. Fajnie tak sobie polatac 🙂 Jeszcze tylko 2,5 godziny trekkingu od Hydroelektrowni do Aguas Calientes i można się przygotowywać na Machu Picchu. Trasa prowadzi dookoła góry i daje to fajny przedsmak przed kolejnym dniem, gdyż już widać zarysy ruin. Relaksujący wieczór w mega turystycznym Aguas Calientes, które mimo milionów turystów wygląda jak z innej epoki, chaos nieziemski i jakoś tak mało przytulnie tam. Kolejna pobudka o 4 rano. O 5 czekaliśmy już pod dolną bramą i od razu po otwarciu ruszyliśmy na górę. Wow, wejście nie należy do łatwych. Bardzo strome i wysokie schody pokonujemy w ciągu ok 50 minut (jest nieźle, bo oficjalny czas na wejście to około 1.20 h). Na górze dosłownie płyniemy. Pierwsze 2 godziny mamy zwiedzanie z przewodnikiem a później hulaj dusza piekła nie ma. Machu Picchu robi ogromne wrażenie zwłaszcza jak się zrozumie cały zamysł konstrukcji. Wybieramy się na szczyt Puenta del Sol, skąd możemy podziwiać widok na ruiny z góry. Padnięci wracamy do Aguas Calientes, gdzie parę godzin musimy czekać na transport do Cusco. Było pięknie i cudownie. Wyprawa zorganizowana na 5+, grupa przesuper i szkoda, że tak krótko…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cusco, Peru

Mój autobus nocny z La Paz dotarł do Cusco o 4 nad ranem, więc powtórka z rozrywki, przeczekanie do wschodu słońca i cały dzień na zwiedzanie. Tym razem koczowałam z sympatyczną parą z Kolumbii. Cały dzień upłynął mi na spokojnym zwiedzaniu mega turystycznego, ale bardzo przyjemnego i przepięknego miasta Cusco. W międzyczasie zorganizowałam sobie trek Salkantay na Machu Picchu na następny dzień. Jak dla mnie była to najciekawsza z propozycji ze względu na cenę i przepiękną 5 dniową trasę. Łącznie przechodzi się ok 70 kilometrów. Dobrze, że jestem padnięta po podróży i kładę się spać o 20, ponieważ przez kolejne 5 dni codziennie pobudka przed 4 lub 5 rano.