Category Archives: Spitsbergen

Hornsund 2, Svalbard

W Fiordzie Hornsund spędzamy jeszcze jeden dzień odwiedzając chatkę traperską. Trzeba tu bardzo uważać, ponieważ praktycznie wszystko (może oprócz oczywistych śmieci w postaci plastikowych butelek) jest tu chronione. Dodatkowo zawsze trzeba mieć przy sobie broń, w razie konieczności obrony przed niedźwiedziem polarnym. Taka troszkę inna rzeczywistwość.

Hornsund, Svalbard

Po drodze do Hornsund, gdzie znajduje się Polska Stacja Polarna widzimy parę wielorybów Minki. Całkiem łatwo jest je obserwować, ponieważ najpierw widać „fontannę” po czym się wynurzają. Przy kotwiczeniu natomiast mamy mały wypadek i wplątuje nam się lina w śrubę od silnika. Padł nawet pomysł nurkowania, żeby odplątać linę, ale ja tam na pewno nie zgłaszam się na ochotnika, żeby jedynie w mokrej piance schodzić pod wodę. Brrrr. Jako, że potrzeba matką wynalazku, a my żyjemy w XXI wieku, to udało się odplątać linę za pomocą bosaka i kamerki Go Pro. Wieczorem razem z Kanadyjczykami wybieramy się w odwiedziny do Polskiej Bazy Polarnej. Zostajemy przywitani niezmiernie miło. Tomek i Szymon są naszymi głównymi przewodnikami i opowiadają historię stacji oraz ciekawostki z okolicy. Po oficjalnej wizycie ja zostaję jeszcze na część nieoficjalną podczas, której poznaję resztę załogi stacji. Aż miło popatrzeć na tych wszystkich uśmiechniętych ludzi z pasją. Główny skład to 10 osób, które w połowie lipca po roku spędzonym w bazie wraca do Polski. Jestem dla nich pełna podziwu, bo to jednak aż rok w niełatwych warunkach (zwłaszcza w zimę, kiedy nie ma słońca). Miła, rodzinna atmosfera i aż szkoda, że tak krótko. Umawiamy się na następny wieczór na pokaz filmu ze Svalbardu. Zanim jednak wrócimy do Stacji odwiedzamy jeszcze stado Little Auks, czyli Alczyków i cierpliwie czekamy na cielenie lodowca (aż musiałam sprawdzić jak po polsku nazywa się angielskie glacier calving). Cierpliwość popłaca i mamy taki filmik, że wow. Lodowiec Hansbreyen jest ekstra. Filmik wrzuce w oddzielnym poście.

 

Podczas kolejnych dni dalej zwiedzamy fiord Hornsund razem z Hornsund Tind. Pływamy kajakami po oleistej wodzie i możemy poobserwować ptaki na bryłach lodu oraz ogromne lodowce z bliższej odległości. Pływanie kajakiem zrobiło mi mega frajdę, chociaż jest trochę adrenaliny ze świadomością, że woda ma ze 2 stopnie i całą masę potworów w niej żyjących.

Vestvika, Svalbard

Tym razem czeka nas krótszy pasaż, bo jedynie 185 mil morskich z Bjornoya do Hornsund na Spitsbergenie. Wieje w rufę, słońce świeci, coś podejrzanie dobra karma, ale tylko się cieszyć. Na wachcie towarzyszą mi delfiny i mewy (nie wiem co one robią na środku morza, ale one pewnie też się zastanawiają co ja tu robię). Niebo ma chyba z 10 różnych odcieni niebieskiego, a woda trochę wpadająca w turkus. 5 warstw ubrań, które mam na sobie przypomina mi że nie jestem na Karaibach i wskakiwanie do wody chyba jednak nie jest najlepszym pomysłem. Powoli zaczynam się przyzwyczajać do niskich temperatur, ale tęskno mi za ciepełkiem. Jeszcze tylko 35 dni i obiecuję, że będę leżeć plackiem na słońcu przynajmniej 1 dzień. Mimo że naprawdę mocno buja to te 1,5 dnia płynięcia bez przerwy jakoś szybko mija. Wiatr zaczyna wiać ze wschodu, więc kotwiczymy w Vestvika, czyli jeszcze przed Hornsund, gdzie znajduje się Polska Stacja Badawcza.
A tu kolejna niespodzianka: na brzegu widać misia polarnego z małym niedźwiadkiem, wyglądają jakby na nas czekały. Nasza łódka nazywa się Kvitebjorn, co po norwesku oznacza mały miś J
Na kolację mamy pycha zupę rybną. Obiecuję, że ugotuję po powrocie.

Bjornoya, Svalbard

W Skjervoy czeka na nas miła niespodzianka, że dołączy do nas druga łódka z załogą z Kanady, którą mój kapitan poznał rok wcześniej żeglując w okolicach Lofoten. Dla mnie jest to szczególnie dobra wiadomość, bo jakoś tak „w kupie raźniej”. Świadomość, że podczas parodniowego pasażu po Morzu Barentsa, druga łódka znajduje się parę/paręnaście mil od nas sprawia, że czuję się trochę bezpieczniej. We wtorek (24.06) po sprawdzeniu wszystkich instrumentów, uzupełnieniu zapasów i solidnej owsiance wyruszamy na 2,5 dniowy pasaż do Bjornoya (czyli Misiowej Wyspy). Mamy do przepłynięcia 291 mil morskich. Z prognozy wynika, że na początku niestety będzie nam wiało prosto w dziób, ale przynajmniej bez sztormów i opadów. W sumie to nie taki diabeł straszny. Całkiem dobrze nam idzie zamiana na wachcie i nawet udaje mi się sporo spać, chociaż buja jak cholera. Zimno, mokro, ale widoki nieziemskie. Pierwszy raz w życiu widziałam pełną tęczę na horyzoncie. A do tego słodziakowe delfiny płynące obok naszej łodzi. Niestety zdjęcia tęczy brak, ponieważ jak z tytułu Faktu: Nie zrobiła zdjęcia, bo trzymała ster 🙂
Bjornoya jest bezludną wyspą, gdzie raczej nie ma co liczyć na ładną pogodę. Jak dopływamy to zza mgły wyłaniają się strome klify i atmosfera trochę jak z Tolkiena. Robi to naprawdę ogromne wrażenie. Zmęczeni kotwiczymy w Sorhamna razem z Milviną Kanadyjczyków (Pen, Denis`em, Helen i Neil`em). Następnego dnia kolejna miła niespodziana: niebieskie niebo i słoneczko, więc po pycha plackach u Kanadyjczyków ruszamy na ląd. Tę niewielką wyspę (20 km na 15 km) odwiedza jedynie paręset osób rocznie, a na północy znajduje się norweska stacja meteorologiczna. Przecudowne widoki na dziewicze góry i ku memu zaskoczeniu zieloną „trawę”. Mchy i słodkie, małe różowe kwiatki Saxifrage (Skalnica). Możemy też poobserwować przeróżne śliczne ptaki: (Little Auk) Alczyki, (Kittiwake) Rissa, Puffin (Maskonur), Guillemot (Nurzyki). Nie wiem, jak one biedne żyją w tak ciężkich warunkach klimatycznych, chociaż pogoda wyjątkowo dopisuje.. Niby lato, ale jednak Arktyka i to już dosyć zaawansowana. Zapada decyzja o płynięciu na Spitsbergen już następnego dnia, ponieważ prognoza pogody brzmi zachęcająco. Bjornoya to taki mały przedsmak dalszej części Svalbard`u. Już nie mogę się doczekać aż zobaczę Misia 🙂